Kategorie
Ostatnie
Popularne

Stanisłau Szuszkiewicz: Na Białorusi Związek Radziecki nigdy tak naprawdę nie umarł

Autor: Hanna Sous
Tłumaczenie: Katarzyna Kuc

Hanna Sous: Stanisławie Stanisławowiczu, ile krajów w tym roku pan odwiedził w charakterze pierwszego szefa niepodległego państwa białoruskiego?

Stanisłau Szuszkiewicz: Nie tak łatwo to policzyć. Zacznijmy od USA. W Stanach zorganizowano mi całe tournée, uczestniczyłem tam w spotkaniach z urzędnikami najwyższego szczebla oraz z białoruską diasporą. Odwiedziłem również Strassburg, Brukselę, często bywałem w Warszawie (jestem praktycznie etatowym wykładowcą na Uniwersytecie Warszawskim, prowadzę tam zajęcia ze studentami). Byłem również w Rumunii, niejednokrotnie bywałem na Ukrainie, w Azerbejdżanie, w Korei Południowej… Nie jestem pewien, czy wymieniłem wszystkie. A swoich wyjazdów do Rosji już nawet nie liczę. Jedynym utrudnieniem podczas pobytu w Rosji jest istnienie tzw. państwa związkowego. Kiedy, przykładowo, leci się z Mińska do Seulu, to bagaż też jest dostarczany bezpośrednio do Seulu. Ale w drodze powrotnej z Seulu do Mińska bagaż musi przejść procedury celne w Moskwie. Trzeba więc taszczyć walizki z jednego końca lotniska w drugi. To męczące i niepotrzebne utrudnienie jest efektem idiotycznego sojuszu, który nie dał nam nic, prócz dodatkowych kłopotów. Byłem też w Szwecji, w Goteborgu. Wraz z Landsbergisem, Krawczukiem i Burbulisem uczestniczyliśmy tam w panelu dyskusyjnym. Krótko mówiąc, trochę się najeździłem.

Hanna Sous: Wspomniał pan o tzw. państwie związkowym, obejmującym Rosję i Białoruś. Chciałabym zacytować fragment pańskiej książki „Moje życie. Rozpad i wskrzeszenie ZSRR”: „Dzięki podpisaniu przez prezydenta Rosji i zaakceptowaniu przez rosyjski parlament Porozumienia Białowieskiego, Rosja po raz pierwszy od 1794 roku uznała niepodległość Białorusi – do niedawna swojej przygranicznej kolonii”. Stało się to w 1991 roku. Rosja, jak pan napisał, po raz pierwszy oficjalnie uznała Białoruś za niepodległe państwo. Potem powstało państwo związkowe, następnie – Euroazjatycka Unia Gospodarcza. Jak pan sądzi, na ile poważne jest obecnie zagrożenie niezależności Białorusi ze strony Rosji?

Stanisłau Szuszkiewicz: Nasze państwo prowadzi nieporadną politykę. Jeśli prezydent wygłasza jakieś oświadczenie, to nigdy nie wiadomo, czy zrobi tak jak mówi, czy może dokładnie na odwrót.  Jest u nas taki uczony Podgoł, który wydał już całą książeczkę z przemówieniami Łukaszenki. W pierwszych zdaniach każdej swojej przemowy Łukaszenka jest prorosyjski, a potem, im bliżej końca, tym bardziej prozachodnie hasła wygłasza. Nie można mu wierzyć. Sądzę, że w imię zachowania władzy nasz niezbyt legalny prezydent sprzeda wszystko, co można, łącznie z samą Białorusią.  Co prawda deklaruje, że jest stronnikiem białoruskiej niepodległości, ale wszystkie jego działania są zaprzeczeniem tych słów. Po co w ogóle poruszać kwestię obecności wojsk rosyjskich na terytorium Białorusi? Po co łamać konstytucję i wysyłać białoruskich żołnierzy za granicę? Zgodnie z konstytucją nie powinni brać udziału w jakichkolwiek misjach. Bardzo poważnym zagrożeniem jest funkcjonowanie we wszystkich strukturach starej radzieckiej zasady „ja naczalnik, ty – durak”. Lada chwila Łukaszenka uzna, że jego władza jest zagrożona, bo pojawiły się problemy gospodarcze. Zacznie flirtować z Zachodem, a naiwni zachodni politycy będą go słuchać z otwartymi z zachwytu ustami. Wydawałoby się, powinienem być zadowolony, że zwolniono wszystkich więźniów politycznych. Problem w tym, że żaden z nich nie został zrehabilitowany. To co to za wolność? Absolutnie niewinny Statkiewicz musi meldować się niemal codziennie w komendzie milicji, odebrano mu większość praw politycznych. To nie jest uwolnienie więźniów, to jedynie mydlenie oczu. Ale oficjalnie Zachód jest usatysfakcjonowany takimi gestami ze strony białoruskich władz.  I ja też się cieszę, że ci ludzie wyszli już na wolność. Mimo wszystko jednak takie zagrywki świadczą o Łukaszence jak najgorzej.

Hanna Sous: A jeśli porównać lata 1991 i 2015, kiedy cena białoruskiej wolności była wyższa?

Stanisłau Szuszkiewicz: Odzyskanie niepodległości nie jest rzeczą niemożliwą. Oficjalne uznanie niepodległości Białorusi przez Rosję miało miejsce w grudniu 1991 r. Piszę o tym w cytowanej przez panią książce. Stało się to po podpisaniu i ratyfikowaniu przez rosyjską Dumę oraz białoruski parlament porozumienia o stworzeniu Wspólnoty Niepodległych Państw. Jelcyna zawsze darzyłem ogromnym szacunkiem. On zawsze ściśle przestrzegał zasady, że państwa narodowe mają prawo do istnienia. Naprawdę w to wierzył, to nie była z jego strony obłudna zagrywka. I wtedy trzeba było pójść właśnie tą drogą. Tyle, że Łukaszenka nie miał innej możliwości umocnienia swojej władzy, niż pozyskanie wsparcia ze strony Rosji. W tym celu musiał oczywiście wszystkich dookoła ogłosić wrogami Rosji. Zgodnie z tą logiką wrogiem Rosji stałem się nie tylko ja, ale i Białoruski Front Narodowy oraz wszelkie inne białoruskie partie i ruchy polityczne. Jedynym sprawiedliwym okazał się sam Łukaszenka… Nocą na białorusko-rosyjskiej granicy wkopano słup graniczny. A rano Łukaszenka z Czernomyrdinem go wykopali. Odstawili pokazówkę

Kiedyś wydawało mi się, że świetnie wykształcony Putin nigdy nie zniżyłby się do zajmowania się takimi bzdurami, jakim mnóstwo czasu poświęca niedouczony Łukaszenka. A jednak okazało się, że działania Łukaszenki są Putinowi bardzo na rękę.  Miedwiediew podczas swojej prezydentury Łukaszenkę potępiał, ale jakiś czas później niespodziewanie wszyscy doszli do wniosku, że dla rosyjskiej polityki istnienie takiego lokalnego kacyka, w zasadzie namiestnika, jest bardzo korzystne. Dlatego możemy mówić o realnym i poważnym zagrożeniu białoruskiej niepodległości. Porównując dzień dzisiejszy z 1991 rokiem nie powiedziałbym, że wtedy sytuacja była o wiele lepsza. Pod wieloma względami byliśmy bardzo uzależnieni od Rosji, co było konsekwencją poprzedniej epoki. I trzeba było wtedy stawić czoła wyzwaniom i rozwiązywać te problemy. Niestety, od samego początku zaczęliśmy tracić godność, bo Łukaszenka głośno zadeklarował swój wiernopoddańczy stosunek do Rosji. Przy czym nie tylko słowami, ale i czynami.

Hanna Sous: W swojej książce napisał pan, że czasach ZSRR Białorusini byli nawet bardziej sowieccy, niż sami Rosjanie. Podtytuł „Rozpad i wskrzeszenie ZSRR” jest głęboko metaforyczny.  Może pan wskazać dokładną datę, rok i dzień, kiedy w Białorusi zmartwychwstał Związek Radziecki? Stało się to wcześniej niż w Rosji, czy później?

Stanisłau Szuszkiewicz: Jeśli analizować ten problem z naukową dokładnością, to należałoby uwzględnić cały szereg kryteriów wyznaczających niepodległość. Związek Radziecki nigdy tak naprawdę nie umarł. To jest najstraszniejsze. ZSRR nie przestał istnieć nawet na minutę. Dlaczego? Bo nikt nie stawiał sobie za cel unicestwienia Związku Radzieckiego. Naszym celem było zbudowanie państwowości na fundamencie godności. Państwo trzeba budować, a nie jest to możliwe bez wprowadzania głębokich zmian w mentalności i poglądach jego mieszkańców. Takiego procesu nie można narzucić siłą. Musi to być proces polegający na edukowaniu, propagowaniu określonych postaw. Przez dziesięciolecia, bez przerwy i do ogłupienia powtarzano nam slogan o przyjaźni między narodami. Na całym świecie nie było podobno drugiego tak przyjaznego wobec wszystkich narodu, jak naród radziecki. Ale jeśli spojrzymy na problem z perspektywy wielkiej polityki, to powstaje pytanie: jak można było dopuścić, by Białoruś stała się zakładnikiem rosyjskiego atomu? Przecież broni jądrowej nie rozlokowano na terenie obwodu smoleńskiego, tylko właśnie w Białorusi. I w razie konfliktu zbrojnego to właśnie Białoruś, tak doświadczona przez historię, znów stałaby się ofiarą ataku, którego zasadniczym celem byłoby zniszczenie rosyjskiej broni jądrowej. Białoruś była zatem zakładniczką Rosji. Na czym więc powinna była polegać istota postsowieckich reform? Trzeba było dać ludziom odczuć, że wreszcie mogą stać się panami swojego losu, że mogą korzystać ze swoich praw politycznych, z fundamentalnych praw człowieka. A tymczasem u nas wszystko szło po staremu: ja naczalnik, ty – durak. Ta zasada opanowała u nas wszystkie sfery życia. I póki się z tym nie uporamy, Związek Radziecki będzie trwać w najlepsze.

Hanna Sous: A czy ZSRR kiedyś wreszcie ostatecznie odejdzie w niebyt?

Stanisłau Szuszkiewicz: Musi odejść, po prostu musi. Tylko że nie stanie się to, dopóki białoruskie państwo, białoruskie władze i parlament nie dołożą odpowiednich starań. A póki co, w zasadzie nikt takich wysiłków nie podejmuje. U nas wszystko zależy od jednego człowieka, na dodatek takiego „odpornego na wiedzę”. Życie niczego go nie nauczyło. Może się ubierać w mundur marszałka czy generalissimusa, ale przecież tak naprawdę zawsze już będzie jedynie kapitanem. Świat powinien się zmieniać, a ludzie wraz z nim… Bo na czym polega nasza tragedia?  Ja sam późno to sobie uświadomiłem, późno zrozumiałem. Jak proces zmian wyglądał na Zachodzie? Zachód przeżył okropności rewolucji, i we Francji, i w Wielkiej Brytanii, ale w efekcie obywatele państw zachodnich zdołali zdefiniować i zrealizować ideę państwa prawa, państwa demokratycznego. My nie doceniamy fundamentalnych wartości burżuazyjno-demokratycznych, które stały się zdobyczą zachodnich rewolucji burżuazyjnych. Weźmy choćby prawo własności, gwarantowane przez prawodawstwo. Kto dziś kwestionuje prawo własności? Kiedy u nas dyskutowano nad prawem do ziemi, to niedouczeni przewodniczący kołchozów zwykle po prostu bezmyślnie powtarzali zasłyszane gdzieś teorie, że u nas typowym zjawiskiem zawsze był ustrój niemalże pierwotny, a ziemia nigdy nie była czyjąś własnością… To oczywiście nieprawda. A system bliski systemom zachodnim bardzo trudno jest stworzyć, kiedy nie ma wolnych mediów. Dlatego dzisiejsze władze będą narzucać ludziom taki system, jaki pasuje Łukaszence. Ustrój, który pozwala mu zachować władzę, sam Łukaszenka nazywa…

Hanna Sous: Cofnijmy się jeszcze na chwilę do czasów, gdy był pan głową białoruskiego państwa. Pierwszy prezydent Ukrainy, Leonid Krawczuk, z którym podpisywaliście Porozumienie Białowieskie, również udzielił mi wywiadu w ramach cyklu „Rosja i ja”.  Kiedy zapytałam go o najlepsze i najgorsze dni w stosunkach z Rosją, Krawczuk powiedział, że pogodne dni były wtedy, gdy Ukraina bez dyskusji godziła się na rosyjskie propozycje. Ale gdy tylko Ukraina twardo broniła swojego stanowiska w jakiejś sprawie, od razu zaczynały się poważne nieporozumienia z Rosją.  Jakie pan by wymienił pozytywne i negatywne momenty w stosunkach z Rosją w okresie, gdy stał pan na czele państwa rosyjskiego? Mógłby pan wymienić taki najlepszy i najgorszy dzień?

Stanisłau Szuszkiewicz: Za najlepszy okres uznałbym grudzień 1991 roku, kiedy to Rosja uznała niezależność Białorusi. Jelcyn był szczerym zwolennikiem demokracji. Często borykał się z niezwykle poważnymi problemami. I kiedy takie problemy stawały przed Jelcynem, to i my też trafialiśmy w ich orbitę. Presję na Jelcyna wywierali i komuniści, i inne partie lewicowe. W końcu Jelcyn zmuszony był stworzyć rząd lewicowy, musiał odsunąć od władzy swoich najbliższych współpracowników, łącznie z Burbulisem. Podobnie zresztą było z Gajdarem, bo proces reform przebiegał opornie. Kłopoty z reformami wynikały z tego, że społeczeństwo za nimi nie nadążało. Trudno mi wymienić konkretne dni, które mógłbym nazwać najlepszymi czy najgorszymi w stosunkach z Rosją. Najważniejsze, żeby ogólna tendencja była prawidłowa, żebyśmy zmierzali w kierunku niepodległości.

Hanna Sous: A jaki najgorszy dzień pan zapamiętał?

Stanisłau Szuszkiewicz: Najgorszym dniem był ten, w którym dokonano sfałszowania wyników referendum w sprawie wprowadzenia dwóch języków urzędowych oraz zmiany symboliki państwowej. Białoruś niepotrzebnie uznała to referendum za wiążące. Zaczęła się cała fala negatywnych zjawisk, bo machina propagandowa pracowała wyłącznie na korzyść jednej ze stron. W Radzie Najwyższej XII kadencji, której byłem przewodniczącym, 82 % deputowanych stanowili komuniści. Przypominam sobie, na przykład, że usiłowałem przekonać komisję agrarną, że prawo własności do ziemi nie jest niczym nadzwyczajnym. Przewodniczący tej komisji mało nie zemdlał z wrażenia. Tak samo reagowano na inne moje propozycje. A dziś w naszym kraju… No, czy można wychwalać coś w stylu „Linii Stalina”? Czy można najważniejszym świętem państwowym ustanowić dzień wyzwolenia Mińska spod władzy faszystów? Oczywiście, to pamiętna data, ale nieporównywalna z 25 marca 1918 r., kiedy to ogłoszono powstanie Białoruskiej Republiki Ludowej, nieporównywalna z datą proklamowania Deklaracji Niepodległości i nadania jej statusu ustawy zasadniczej. Żonglowanie takimi rocznicami jest jawną demonstracją prorosyjskości. Nie przynosi to korzyści ani Białorusi, ani białoruskiej niepodległości. Przeżywamy ciężki okres, a „dobrych czasów” wciąż jeszcze nie zaznaliśmy… Kiedy Łukaszenka poczuje, że władza wymyka mu się z rąk, to będzie gotów oddać Rosji wszystko, łącznie z samą Białorusią.

Hanna Sous: Stanisławie Stanisławowiczu, był pan bliskim znajomym Borysa Jelcyna, często podkreśla pan, że darzy go pan ogromnym szacunkiem. Na czym, pana zdaniem, polega zasadnicza różnica pomiędzy Jelcynem i Putinem oraz jakie są między nimi podobieństwa w kontekście ich stosunku do Białorusi?

Stanisłau Szuszkiewicz: Jelcyn był wybitnym Rosjaninem. Miał pewne typowo rosyjskie słabości, ale również i typowo rosyjskie zalety. Jelcyn nie był dwulicowy. Natomiast Putin to zawodowy szpieg. Jelcyn był profesjonalistą w zakresie kierowania budowami, zarządzania zespołami ludzi. A Putin z racji swojego zawodu świetnie zna się na odkrywaniu najgłębiej ukrytych ludzkich tajemnic i „prześwietla” ludzi według tych samych metod, jakich nauczył się w KGB. KGB było haniebną organizacją. Tortury, zsyłki do GUŁAG-u – to były ich metody działania. To przecież oczywiste, że popularny slogan: „czekista powinien mieć czyste ręce i otwarte serce” to bzdura. Pierwszy szef CzK podpisał dokumenty zezwalające na rozstrzelanie miliona ofiar. Potem to samo robili Stalin, Beria i cała reszta. To straszna historia. Jelcyn z kolei był wielki dzięki swojej szczerości. To on powiedział: weźcie sobie tyle narodowych swobód, ile chcecie, bierzcie tyle, ile będzie w stanie realnie wykorzystać. I miał rację. Dlatego uważam, że nie da się przeprowadzić porównania między tymi dwoma ludźmi.

Hanna Sous: A czy było coś wspólnego w stosunku obu rosyjskich prezydentów do Białorusi? Przecież tzw. państwo związkowe zaczęło powstawać jeszcze za Jelcyna…

Stanisłau Szuszkiewicz: Sądzę, że Jelcyn miał wszelkie podstawy do tego, by uwierzyć, że Łukaszence można zaufać. W czasach, gdy Łukaszenka dopiero rozpoczynał swoje rządy, utrzymywałem kontakty z wieloma bliskimi współpracownikami Jelcyna. Pytałem ich wtedy: „Dlaczego pozwalacie Łukaszence na bezkarne oczernianie Jelcyna? Dlaczego pozwalacie mu na ciągłe powtarzanie, że Jelcyn ma problemy z mówieniem, że jest już stary, i że w ogóle jakieś trybiki mu w głowie szwankują?”. Oni na to, że owszem, zastanawiali się, jak rozwiązać ten problem.  Ale nie mogli przecież wystosować oficjalnego protestu w tej sprawie. Więc samemu Jelcynowi wytłumaczyli wszystko w ten sposób: „Borysie Nikołajewiczu, pan jest carem, szefem potężnego państwa. A on to drobny kacyk rządzący jakimś plemieniem dzikusów. Plecie, co mu ślina na język przyniesie. Dziś mówi jedno, jutro powie coś zupełnie przeciwnego. Jaki sens mu tłumaczyć, że nie ma racji?”. Ludzi, którzy mi o tym opowiadali, mogę wymienić z imienia i nazwiska. Wszyscy oni należeli do najbliższego politycznego otoczenia Jelcyna.  I Jelcyn im uwierzył, uznał, że wszystko jakoś rozejdzie się po kościach, że Łukaszenka jest jak chorągiewka na wietrze i nie ma sensu traktować go jak godnego przeciwnika. Dla Łukaszenki osobisty cel zawsze uświęcał środki. Natomiast Jelcyn nigdy nie poniżał dziennikarzy, nie prześladował polityków opozycyjnych. Jego strategia była zupełnie inna. Dlatego nie można porównywać Jelcyna z Łukaszenką czy z Putinem. Myślę, że wybór Putina na swojego następcę był ze strony Jelcyna błędem. Tyle tylko, że ten błąd miał swoje bardzo konkretne przyczyny. Wszystko to było świetnie, na profesjonalnym poziomie, zaplanowane przez KGB. A funkcjonariusze tej służby doskonale wiedzą, jak manipulować ludźmi. Putina wykreowano na człowieka z drużyny Sobczaka, zrobiono z niego wykształconego prawnika i osobę, która czynem udowodniła, że doskonale potrafi kierować strukturami KGB. Wielki Sacharow, wybitny fizyk i wybitny człowiek, powiedział w 1988 r., że jeśli ZSRR miałby zostać zreformowany, to on największe nadzieje pokłada właśnie w KGB, bo KGB to jedyna nieskorumpowana struktura. Jego zdaniem tylko KGB skupiała najwyższej klasy profesjonalistów, dzięki czemu byłaby w stanie zrealizować program reform. Niestety, organizacja ta bardzo szybko utraciła swój profesjonalizm, przestała się sprawdzać jako struktura dbająca o bezpieczeństwo państwa. I bardzo szybko zamieniła się w strukturę przeżartą korupcją, dbającą jedynie o wygody swojego kierownictwa oraz polityków przez to kierownictwo chronionych. Jelcyn myślał podobnie, jak Sacharow. W Ameryce często można usłyszeć, że politycy z prawdziwego zdarzenia powinni przejść przez odpowiednią szkołę w służbach specjalnych. Tyle, że tam wygląda to zupełnie inaczej, w amerykańskich służbach faktycznie można się czegoś pożytecznego nauczyć. Czyli mówiąc o pozytywnej roli KGB, Sacharow w zasadzie powtórzył amerykańską tezę, że najwyżsi rangą politycy powinni przejść szkolenie w ramach pracy w służbach specjalnych.

Hanna Sous: Wiadomo, że w 1996 r. na osobistą prośbę czy nawet żądanie Jelcyna zostali wypuszczeni na wolność białoruscy opozycjoniści, Jurij Chodyko i Wiaczesław Siwczyk, którzy w więzieniu ogłosili głodówkę protestacyjną.  Wiadomo również, że Borys Jelcyn dzwonił do Aleksandra Łukaszenki i prosił, a może wręcz domagał się, zwolnienia przebywającego w więzieniu dziennikarza Pawła Szeremieta, aresztowanego za reportaż o przekraczaniu granicy białorusko-litewskiej. W czasie, gdy w Białorusi nomenklatura partyjna wywierała na pana silną presję, kiedy Łukaszenka wygłaszał swoje słynne antykorupcyjne przemówienie o skrzynce gwoździ, rzekomo przez kogoś skradzionej, jak pan sądzi – czy wtedy Jelcyn mógł spróbować zainterweniować? Czy mógłby jakoś porozumieć się z Kiebiczem i zasugerować zakończenie nagonki na Szuszkiewicza?

Stanisłau Szuszkiewicz: Nie, to zupełnie niepoważna koncepcja. Najaktywniej szczuł na mnie właśnie Kiebicz. W rozmowie ze mną był niezwykle uprzejmy, do rany przyłóż. I wydawało mi się, że wspólnie moglibyśmy zrobić wiele dobrego. W swojej książce Kiebicz napisał, że ja go dosłownie zmusiłem do podpisania Porozumienia Białowieskiego. To bzdura. Ale musiał tak napisać, żeby Łukaszenka dał mu przyzwoitą emeryturę. No i dostał ją. Po wygraniu przez Łukaszenkę wyborów Kiebicz zrozumiał, komu trzeba wiernie służyć. Ale dopóki trwała tracie kampania wyborcza, za głównego swojego konkurenta Kiebicz uważał mnie. Jego popierała cała partyjna nomenklatura, był dla nich idealnym kandydatem, bo gwarantował zachowanie starych porządków. Nie mógł mnie wprost oczerniać, bo doskonale rozumiał, że w jego kłamstwa nikt by nie uwierzył. Co innego Łukaszenka, on mógł się z tym zadaniem uporać… Przypomina mi się taka stara odeska anegdota. Do jubilera przychodzi człowiek z ogromnym diamentem i prosi o rozłupanie klejnotu. Jubiler krzyczy: „Waśka, chodź no tutaj! Rozłup ten kamień”. Waśka bierze nóż i zaczyna piłować. Kamień rozpada się na dwie części, a klient mdleje z wrażenia. Kiedy odzyskuje przytomność, mówi: „Byłem u najlepszych jubilerów Londynu, Paryża, Amsterdamu. I nikt nawet nie próbował go przepołowić. Wszyscy bali się, że podczas takiej operacji kamień mógłby rozsypać się w proch”. A jubiler na to: „Pan wie, ile ten kamień jest wart. I ja też wiem. A takiemu Waśce ręka nawet nie drgnęła”.

Podobnie było z Łukaszenką. Ponieważ o niczym nie miał pojęcia, mógł pleść największe bzdury. Jeśli przyjrzeć się z bliska wygłaszanym przez niego oskarżeniom, to wychodzi na to, że pięć kilo gwoździ zapodziało się gdzieś podczas prac remontowych, zleconych przeze mnie w Specjalistycznym Biurze Konstruktorsko-Technologicznym. Zużyto je podczas montażu drzwi do garażu. Kiebicz na taką zagrywkę nie mógłby sobie pozwolić, to wykształcony człowiek. Miał naprawdę wiele zalet, ale miał też jedną wyjątkowo paskudną, typową dla komunistów wadę: uważał, że osobisty cel uświęca wszelkie środki. Dlatego poszczuł na mnie Łukaszenkę. Tyle, że przy okazji sam pod sobą wykopał dołek. Cała nomenklatura partyjna pracowała na sukces Kiebicza, a w rezultacie jego wynik wyborczy okazał się niezbyt imponujący.

Hanna Sous: A czy Borys Jelcyn nie mógł pana wtedy wesprzeć?

Stanisłau Szuszkiewicz: Nie, to było absolutnie niedopuszczalne. Poparcie ze strony Jelcyna byłoby ingerencją w wewnętrzne sprawy Białorusi. Zresztą, formalnie nikt mnie szykanował, więc Jelcyn nie miałby podstaw do wmieszania się w tę sprawę. Nie mógł przecież publicznie pouczać Łukaszenki, że Szuszkiewicz na pewno nigdy nie ukradłby pięciu kilo gwoździ. W ten sposób prezydent Rosji co najwyżej by się ośmieszył. W tamtych czasach utrzymywałem dość bliskie kontakty z ludźmi z otoczenia Jelcyna, ale nigdy nie zdecydowałbym się na skorzystanie z tego rodzaju wsparcia. Gdybym zwrócił się o pomoc do sąsiedniego państwa, moją decyzję słusznie uznano by za działanie antybiałoruskie. To było wykluczone. Mimo to i tak udało mi się dokonać, jak to się mówi, „mniej, niż chciałem, ale i tak więcej, niż było możliwe”.  I jestem dumny z tego, czego co udało mi się wtedy osiągnąć.

Hanna Sous: Często powtarza pan, że wykorzystał pan wtedy dwie szanse – na wyprowadzenie z terytorium Białorusi broni jądrowej oraz na formalne rozwiązanie Związku Radzieckiego. Obecnie na Ukrainie często można usłyszeć, że podpisanie memorandum budapesztańskiego było błędem. Jak się okazało, pozbycie się broni atomowej wcale nie stało się gwarancją nienaruszalności ukraińskich granic. Białoruś również podpisała to porozumienie, również zrezygnowała z broni jądrowej. Pan się na to zgodził, nie stawiając żadnych dodatkowych warunków, uważając, że słuszność tej decyzji jest bezdyskusyjna. A jak pan ocenia swoją decyzję z perspektywy czasu? Leonid Krawczuk powiedział w wywiadzie, że podpisanie memorandum było koniecznością, a decyzja o oddaniu broni jądrowej była decyzją właściwą.

Stanisłau Szuszkiewicz: Krawczuk w swoich wypowiedziach na ten temat nie uwzględnia wszystkich okoliczności, a moją ówczesną postawę ocenia dość powierzchownie. 8 grudnia 1991 r., kiedy podpisaliśmy Porozumienie Białowieskie, powiedziałem: „Uważam, że Białoruś powinna wyprowadzić ze swojego terytorium broń jądrową. Bez rekompensat i stawiania jakichkolwiek warunków. I zamierzam przekonać do moich racji Radę Najwyższą”. Dlaczego byłem o tym przekonany? Bo rozumiałem, czym jest broń jądrowa na terenie Białorusi.  U nas ta broń była rozlokowana na powierzchni ziemi. Byliśmy rosyjskim przyczółkiem, a nasz potencjał atomowy mógłby unicestwić całą Europę. Istniała więc groźba, że potencjalny przeciwnik również użyje przeciwko nam atomu. A atak, mający na celu zniszczenie naszej broni jądrowej, doprowadziłby jednocześnie do zniszczenia Białorusinów jako narodu i Białorusi jako państwa. Zdawałem sobie z tego sprawę i przekonałem do swoich racji Radę Najwyższą. Podjęliśmy decyzję o wyprowadzeniu broni jądrowej bezwarunkowo i bez żadnej rekompensaty. Na Ukrainie z kolei istniała ponad setka specjalnych bunkrów ukrytych głęboko pod ziemią. Ewentualny atak nie zniszczyłby ich, nadal stanowiłyby zagrożenie dla przeciwnika. Dlatego Ukraina miała znacznie więcej podstaw do stawiania dodatkowych warunków. Krawczuk może nie mówił tego wprost, ale przecież jasno dawał do zrozumienia, że ma mi za złe moją ówczesną postawę, moje jednoznaczne: „Oddamy”. Ta deklaracja przysporzyła pewnych problemów, ale uważam, że mimo wszystko była korzystna dla Białorusinów. Wcześniej byliśmy rosyjskimi zakładnikami. Podkreślam, że broń jądrowa była rozlokowana w Białorusi, a nie np. w obwodzie smoleńskim. Dziś często się słyszy, że to właśnie Rosja wyzwoliła Białoruś spod władzy okupantów.  A przecież, jeśli wziąć pod uwagę ogólną liczbę ludności, to procent Białorusinów poległych w walkach z faszystami czy w Afganistanie był znacznie większy, niż Rosjan. Nie upominaliśmy się z tej racji o żadne rekompensaty. Byliśmy niewolnikami na służbie u Rosji. Trzeba było w końcu coś z tym problemem zrobić, trzeba było pozbyć się broni jądrowej, żebyśmy mogli nareszcie poczuć, że jesteśmy niezależni. Wielu uważa, że przegraliśmy. Faktycznie, zdarzały się kuriozalne sytuacje. Przykładowo, program Nunna-Lugara przewidywał rekompensatę w wysokości 400 milionów dolarów (wtedy to była niemała kwota) dla państw, które zdecydowały, że chcą stać się strefą bezatomową. Zaprosiłem do nas Lugara i mówię mu, że nasi prawnicy przestudiowali jego ustawę.  Tłumaczę, że zgodziliśmy się oddać nasz arsenał atomowy bez żadnych dodatkowych warunków, sami finansujemy cały proces i, paradoksalnie, nie możemy skorzystać z amerykańskiej dotacji, bo Program Kooperatywnego Zmniejszania Zagrożeń nie przewiduje takiej możliwości.  Pomoc mogły otrzymać jedynie takie państwa, które początkowo były przeciwne temu programowi. Wtedy zrozumiałem, co to znaczy amerykański prawnik. Lugar powiedział: „Program opracowali moi prawnicy. Polecę im, żeby do jutra do godziny 12.00 wymyślili jakieś korzystne dla was rozwiązanie”. I rzeczywiście wymyślili, pomogli.

Hanna Sous: Jeśli pan pozwoli, jeszcze raz zacytuję Krawczuka. Podczas wywiadu udzielonego w ramach cyklu „Rosja i ja” Krawczuk powiedział mi, że to Putin skłócił Rosję i Ukrainę, zrobił z nich Kaina i Abla. Narody tych dwóch państw już nigdy nie będą braćmi. W kontekście stosunków rosyjsko-ukraińskich politycy często odwołują się do takiej retoryki, nazywają Rosjan i Ukraińców bratnimi narodami. Czy pana zdaniem może kiedyś dojść do tego, że Białorusini zaczną mówić Rosjanom to samo, co Ukraińcy: „Już nigdy nie będziemy braćmi”?

Stanisłau Szuszkiewicz: Sądzę, że Putin bardzo zaszkodził stosunkom rosyjsko-ukraińskim. Nie odnoszę się tutaj do słów Krawczuka, którego zresztą bardzo szanuję. Odwiedzałem Ukrainę nie raz. I nigdy wcześniej nie zaobserwowałem tam takiego negatywnego stosunku do władz rosyjskich, ściślej mówiąc – do Kremla. Słyszałem od Ukraińców wiele dowcipów, mam nawet kubek z napisem po ukraińsku „Dzięki Ci, Boże, że nie jestem Moskalem”. Można to hasło uznać za obraźliwe, ale przecież jednocześnie ono jest naprawdę zabawne! Leonid Makarowicz Krawczuk ma wszelkie podstawy, by się pod tym hasłem podpisać. Sądzę jednak, że mimo jego ogromnego doświadczenia życiowego i mimo ciężkiej sytuacji, jaka obecnie panuje, Krawczuk mógłby wypowiadać się trochę mniej kategorycznie. Wyjaśnię to na przykładzie. Wydaje mi się, że Putin tak popsuł stosunki pomiędzy Ukrainą i Kremlem, że już bardziej zaostrzyć ich nie można. Ale jestem przekonany, że z czasem można je będzie poprawić. Przecież istnieje, na przykład, polsko-rosyjska komisja powołana do rozwiązywania trudnych problemów. Stosunki polsko-ukraińskie bywały jeszcze bardziej skomplikowane… Myślę, że tu chodzi o emocje. Niemożliwe jest zniszczenie przyjaznych stosunków białorusko-rosyjskich, mimo, że władze Rosji nierzadko traktują Białoruś naprawdę okropnie. Zawsze kategorycznie twierdziłem (a podobne zdanie ma na ten temat i Landsbergis), że nie należy utożsamiać Rosji z Kremlem i rosyjską władzą. Władze rosyjskie bardzo często były silnie skonfliktowane z rosyjską inteligencją. Dziś zasadniczo nie gryziemy się z Rosją, nie ma ku temu podstaw. Nękają nas podobne problemy i podobne nieszczęścia. Nawet dyktaturę mamy wspólną. Kiedyś to Łukaszenka był „ostatnim dyktatorem w Europie”, ale potem Putin postanowił odebrać mu ten tytuł. I, o dziwo, nie tylko osiągnął swój cel, ale na dodatek zdobył poparcie Rosjan, bo taka już jest rosyjska mentalność – najważniejsze, żeby car był silny. A prawa człowieka to kwestia drugorzędna. Rosjanom potrzebny jest ktoś, kogo można prosić o łaski i przywileje. Warunki, w których ludzie mogliby samodzielnie budować swój dobrobyt, są dla nich mniej atrakcyjnym wariantem.

Hanna Sous: Czy Białorusini mogliby powiedzieć Rosjanom „nigdy już nie będziemy braćmi”?

Stanisłau Szuszkiewicz: Nie, to niemożliwe. Będziemy braćmi, ale nie będziemy niewolnikami rosyjskiej władzy. Mamy swoją „chłopską godność”, jak bardzo celnie napisał Janka Kupała. Wiemy, czym jest szacunek dla człowieka. Tego Rosjanie mogliby się od nas nauczyć. Rosja nie ma prawa z pogardą traktować władz Ukrainy. Jak państwo należące do WNP może atakować inne państwo członkowskie? Załóżmy nawet, że racje Rosji są w jakimś tam stopniu słuszne. Ale można też przecież podać mnóstwo argumentów na poparcie absolutnie przeciwnej tezy. Istnieją jakieś normy, przepisy, prawo międzynarodowe. Czy one Rosji nie obowiązują?

Hanna Sous: A co można zrobić dla zakończenia wojny na terytorium Ukrainy? I jak długo jeszcze, pana zdaniem, będzie ona trwać?

Stanisłau Szuszkiewicz: Myślę, że do jej zakończenia jeszcze daleko. Putin znalazł się w sytuacji bez wyjścia, nie może się już wycofać. Cała popularność Putina opiera się na przekonaniu, że jest on kontynuatorem imperialistycznej polityki Piotra I, Lenina i Stalina. A Rosja lubi mieć poczucie, że jest imperium. Weźmy chociażby Gogola. Rosja i Ukraina spierają się, czyim był klasykiem – ukraińskim czy rosyjskim, a przecież ten pisarz należy do obu tych kultur. To właśnie Gogol pisał o niesamowitej, rozpędzonej trojce. W szkole średniej tego fragmentu musieliśmy się uczyć na pamięć. Miał świadczyć o tym, że Rosja powinna być przykładem dla całego świata. I właśnie takie przekonanie jest wyznacznikiem rosyjskiej samoświadomości, „krymnaszyzm” również bazuje na takim założeniu. Nawiasem mówiąc, to kompletna bzdura, że Krym jest rdzennie rosyjski, że od zawsze należał do Rosji, że „jest nasz i teraz go odzyskaliśmy”. Statystyki mogą być naciągnięte o kilka czy kilkanaście procent, ale faktem pozostaje, że większość mieszkańców Rosji naprawdę podziela ten pogląd. Ale świadczy to jedynie o tym, że społeczeństwo rosyjskie od bardzo dawna tkwi w politycznym nieuctwie. A obecna rosyjska władza robi wszystko, by to polityczne nieuctwo wśród swoich obywateli utrwalać.

Hanna Sous: Wspomniał pan już o rosyjskich bazach wojskowych na terenie Białorusi. Jakie zagrożenia się z tym wiążą? I czy z białoruskiego punktu widzenia są jakieś zalety istnienia takich jednostek?

Stanisłau Szuszkiewicz: W czasach, gdy byłem głową państwa, prowadziliśmy wobec Rosji bardzo wyważoną politykę. Jestem fizykiem z wykształcenia, więc dobrze rozumiem, w jakim celu Rosja stworzyła kiedyś w Białorusi dwie bazy wojskowe – radiolokator pod Baranowiczami oraz bazę służącą do komunikowania się z obiektami podwodnymi. Byłoby nie w porządku, gdybyśmy uparli się, że nie chcemy u siebie jakichkolwiek rosyjskich baz. Jednak powinniśmy byli zakreślić jakieś ramy i ustalić zasady współpracy. Nasz sąsiad z kolei powinien był realizować politykę zmierzającą do tego, żeby bazy wojskowe w Białorusi z czasem okazały się zbędne. Zmierzaliśmy w takim właśnie kierunku, nie raz deklarowaliśmy głośno i wyraźnie, że taki powinien być nasz cel. Ale istniała też inna opcja, głosząca: jesteśmy bratnimi narodami, więc musimy się zjednoczyć przeciw NATO. Łukaszenka zaczął kreować się na lidera obozu antynatowskiego. W praktyce znaczyło to „chcę być sługusem Kremla, a w zamian oczekuję, że będę bezkarny”. I tak to funkcjonuje po dziś dzień.

Hanna Sous: А czy tę bazę, którą Rosja dopiero planuje rozlokować w Białorusi, Kreml będzie mógł wykorzystać w przypadku, gdyby zdecydował się na otwartą wojnę z Ukrainą?

Stanisłau Szuszkiewicz: Sądzę, że otwarta wojna z Ukrainą jest po prostu niemożliwa. I Ukraina, i Rosja doskonale zdają sobie sprawę, że w takim przypadku Ukraińcy nie mieliby żadnych szans. Bez względu na liczbę ofiar i słuszność sprawy, Ukraina musiałaby przegrać. Potencjał militarny obu tych krajów jest nieporównywalny, o potencjale białoruskim nie ma nawet co wspominać. Puszyć się i nadymać w tej sytuacji może jedynie ktoś taki jak Łukaszenka. Jego zdaniem mamy niezależną armię. W rzeczywistości musimy żebrać i błagać Rosję, żeby dostarczyła nam wszystko, czego potrzebują nasze wojska. A w zamian deklarujemy gotowość do wspierania Rosji w jej wojennych konfliktach. Jesteśmy gotowi do udzielenia zbrojnej pomocy tak po prostu, „po ludzku”. A przecież istotne są również kwestie polityczne, które rozstrzyga się zupełnie innymi metodami, dalekimi od szlachetnych i demokratycznych porywów.  Nie idealizuję Stanów Zjednoczonych, wiele ich decyzji i działań mi się nie podoba. Ale cenię w nich, że potrafią na takie tematy dyskutować. W Rosji natomiast obecnie zakazano wszelkich dyskusji na temat rosyjskości Krymu. Krym od zawsze był rosyjski i kropka. Rosja uchwala przepisy, które łamią prawa człowieka – prawo do wyrażania poglądów, prawo do własnych niezależnych opinii.  Takie perspektywy zawsze budziły mój niepokój.

Hanna Sous: Aleksander Łukaszenka zaproponował, aby Mińsk stał się miejscem, gdzie strony rosyjsko-ukraińskiego konfliktu wojennego mogą się spotykać i negocjować. Swego czasu Białoruś nie uznała Południowej Osetii i Abchazji, w zamian za co białoruskie władze otrzymały od Zachodu całkiem spore profity. Może teraz sytuacja się powtarza? Może Białoruś dostanie jakąś nagrodę za opowiedzenie się po stronie Ukrainy?

Stanisłau Szuszkiewicz: Istnieją politycy, którzy klarownie i jednoznacznie deklarują swoje cele. Ale zdarzają też politycy w rodzaju Łukaszenki, który na początku przemówienia deklaruje sympatie prorosyjskie, a im bliżej końca, tym intensywniej zaczyna wygłaszać prozachodnie hasła. Jeśli ktoś na Zachodzie będzie chciał Łukaszenkę poprzeć, to zacytuje drugą część jego wystąpienia. A Rosja tym czasem skupi uwagę na części pierwszej.

Łukaszenka nie odegrał żadnej roli w mińskich negocjacjach. Był tam kimś w rodzaju lokaja, prowadził kanclerz Merkel i prezydenta Hollande’a do stołu obrad i na tym się jego rola kończyła. Nikt go nie pytał o opinię, nie dano mu do podpisu żadnego dokumentu.  Tak się po prostu złożyło, że Białoruś ma takie a nie inne położenie geograficzne, i wszystkim było wygodnie dojechać właśnie do Mińska. Łukaszenka liczy na to, że Zachód jakoś mu się odwdzięczy. Swego czasu proponował już, że pogodzi Husajna z całym światem, chociaż o międzynarodowej dyplomacji nie ma żadnego pojęcia. Łukaszenka może zaproponować miejsce dla spotkania dyplomatów, ale nic ponadto.

Hanna Sous: A jak pan sobie wyobraża optymalny format wzajemnie korzystnej współpracy pomiędzy państwami postsowieckimi a Rosją? W Estonii, na przykład, współpraca obejmuje sferę kulturalną i gospodarczą. Gruzja zerwała z Rosją stosunki dyplomatyczne. Między Ukraina a Rosją trwa w zasadzie otwarta wojna. A z kolei Białoruś ściśle z Rosją współpracuje w ramach Związku Białorusi i Rosji oraz Euroazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej.  Jak powinny wyglądać optymalne zasady współpracy, aby na ich skutek nie ucierpiały interesy narodowe, a partnerstwo przynosiło korzyści obu stronom?

Stanisłau Szuszkiewicz: Optymalnym rozwiązaniem byłyby stosunki oparte na szczerości, bez dwuznaczności i fałszu. Jeśli najpierw podejmuje się decyzje polityczne, a dopiero potem podporządkowuje się im decyzje gospodarcze, to jest to sytuacja absurdalna. Podam przykład. Nazarbajew mówi: „Łukaszenka, przestań w końcu wciskać nam mleko w proszku zamiast normalnego mleka”. A w odpowiedzi słyszy: „To nie prawda, zawsze osobno dostarczamy mleko w proszku, a osobno tradycyjne mleko”. No, jeśli głowy państw rozmawiają o mleku albo kurzych udkach, to znaczy, że na niższych szczeblach władzy jakieś mechanizmy kompletnie zawodzą, bo przecież stosunki między państwami trzeba nawiązywać i utrzymywać na wszystkich szczeblach równocześnie. Wielokrotnie bywałem w Estonii. Pamiętam, że kiedy Rosja postanowiła ukarać Estonię za jej niezależną politykę (zwaną w Rosji polityką profaszystowską), i wprowadziła sankcje wobec Tallina, rosyjskojęzyczni mieszkańcy estońskiej stolicy wysłali do Moskwy specjalną delegację. Przypomnę, że rosyjskojęzyczni tallińczycy stanowią równo połowę mieszkańców tego miasta. Delegacja oświadczyła wtedy, że rosyjskie sankcje uderzają przede wszystkim właśnie w ludność rosyjskojęzyczną. Chcę przez to powiedzieć, że Rosja powinna się uczyć od Estonii. Nie chcę urazić Rosjan, ale takim szacunkiem, jakim Estonia darzyła pierwszego rosyjskiego prezydenta, nie darzyli go nawet jego rodacy. Za co Estonia jest Jelcynowi wdzięczna? Estończycy sami, bez wsparcia ze strony państwa, zebrali środki i ufundowali tablicę pamiątkową ku czci Jelcyna. W ten sposób wyrazili wdzięczność, że Jelcyn nie dopuścił do rozlewu krwi w związku z dyslokacją Penzeńskiej Dywizji Desantowo-Szturmowej. Zaproszono mnie na uroczyste odsłonięcie tej tablicy. Była tam też wdowa po Jelcynie, jacyś rosyjscy politycy, ale nie było żadnego przedstawiciela rosyjskiej ambasady. A przecież uroczystość miała upamiętnić pierwszego prezydenta Rosji, człowieka, który zapobiegł rozlewowi krwi. Tacy jak on zasługują na ogromny szacunek i pamięć. A Rosja z jakichś powodów woli o takich ludziach nie pamiętać…

Hanna Sous: Stanisławie Stanisławowiczu, jedyna wizyta prezydenta USA w Białorusi miała miejsce w 1994 r. To pan był jej organizatorem, podczas gdy partyjna nomenklatura była temu kategorycznie przeciwna. Pańskiej wizycie w USA również towarzyszyły poważne problemy, ale mimo wszystko przyniosła ona pozytywny skutek, stała się punktem wyjścia dla zawarcia szeregu białorusko-amerykańskich umów. Jak pan ocenia stosunki pomiędzy Białorusią i Stanami Zjednoczonymi? Jak wyglądały one za pańskich czasów, jakie są teraz i jakie powinny być w przyszłości?

Stanisłau Szuszkiewicz: Powinny być normalne. Nie musimy być wiernym i pokornym sługą Amerykanów, zresztą oni wcale tego od nas nie oczekują. Do dziś jestem dumny z osiągnięć tamtego okresu. USA traktowały nas jak normalne niepodległe państwo, mimo naszej biedy i zacofania… Wizytę delegacji białoruskiej w USA opisała w swoich wspomnieniach żona Gienadija Burawkina, przedstawiciele Białorusi przy ONZ. Samolot był zapełniony do ostatniego miejsca. Zależało mi na tym, żeby jak najwięcej ludzi miało okazję zobaczyć Stany Zjednoczone na własne oczy. Wśród delegatów byli więc między innymi deputowani oraz członkowie rządu. Pewne kwestie wymagały omówienia na najwyższym szczeblu, pewne dokumenty wymagały podpisania przez prezydenta Clintona, ale wiele spraw wystarczyło załatwić na poziomie służb federalnych czy amerykańskiego rządu, np. sprawy gospodarczo-finansowe. Mimo usilnych starań, wyglądaliśmy tam jak ubodzy krewni, nasze ubrania były bardziej niż skromne. A jednak potraktowano nas jak przedstawicieli każdego normalnego, cywilizowanego państwa europejskiego. Białoruś powinna była kontynuować zainicjowaną wtedy politykę. Nasz ówczesny produkt krajowy brutto był setki razy mniejszy od PKB Stanów Zjednoczonych, niemniej jednak przyjęto nas z pełnymi honorami, zaproszono na paradę z pokazem strojów z czasów wojny secesyjnej, odwiedziliśmy też Pentagon, Biały Dom, siedzibę FBI itd. Dla mojej żony Amerykanie przygotowali specjalny program, skoncentrowany przede wszystkim na kwestiach związanych z wymianą kulturalną. To właśnie moja żona zaproponowała, by Hilary wraz Clintonem odwiedzili Białoruś. Potem Clinton rzeczywiście przyjechał i wygłosił w naszej Akademii Nauk przemówienie, które wszystkim bardzo się spodobało.

Pamiętam przygotowania do tej jego wizyty. Ktoś mi doradzał, żeby koniecznie pokazać Clintonowi fabrykę zegarków. Musiałem ludziom tłumaczyć: „Słuchajcie, jaka znowu fabryka zegarków? Nie chcę urazić pracowników tego zakładu, ale taka wycieczka dla prezydenta USA to niepoważny pomysł. Natomiast gdyby zorganizować mu spotkanie z naszymi studentami i młodymi naukowcami, to byłoby coś!”. Przyznali mi rację, ale do realizacji planu zabrali się oczywiście w tradycyjny, radziecki sposób. Pokazali mi szkic, na którym zaznaczone było, jak należy porozsadzać publiczność w sali wykładowej Akademii Nauk. Trzy pierwsze rzędy mają zajmować weterani ze słuchawkami na uszach. No nie, nie mam nic do weteranów, ale trzeba mieć trochę zdrowego rozsądku. Jak można na spotkaniu z młodzieżą w trzech pierwszych rzędach posadzić weteranów? Co miałem robić? Staruszków już powiadomiono, jakie miejsca mają zająć na spotkaniu z Clintonem. Poleciłem więc: „Róbcie co chcecie, ale musicie w tych pierwszych rzędach posadzić ludzi, którzy znają angielski. I zróbcie to tak, żeby się weterani nie poobrażali”. I tak właśnie zrobiliśmy. A tych ludzi, którzy wtedy siedzieli w trzech pierwszych rzędach, spotykam do dziś podczas moich zagranicznych podróży. Niestety, nie mieli szans, żeby swoje siły i wiedzę poświęcić Białorusi. Wyemigrowali do Australii, Singapuru, Stanów Zjednoczonych.

Nie można prowokować konfliktów z mocarstwem, szczególnie, jeśli to mocarstwo traktuje cię jak równorzędnego partnera. Trzeba się było naprawdę postarać, żeby amerykańsko-białoruskie stosunki doprowadzić do takiego stanu, jaki mamy dzisiaj. Przecież niezbędnych nowoczesnych technologii nie znajdziemy ani w Emiratach Arabskich, ani nawet w Chinach. Marzy nam się własna Dolina Krzemowa, tylko ciekawe, z czego ją zbudujemy?  Technologie same z nieba nam nie spadną.

Hanna Sous: W ramach cyklu „Rosja i ja” przeprowadziłam wywiady z wieloma byłymi szefami państw postsowieckich. Większość z nich ma do dyspozycji własne biura; w Mołdawii, Armenii i szeregu innych krajów przyjęto specjalne ustawy o statusie byłych prezydentów. Uregulowano w nich takie kwestie, jak emerytura, ochrona, asystenci dla emerytowanych głów państwa. Wywiad z panem nagrywamy w pańskim prywatnym mieszkaniu w Mińsku. Większość naszych białoruskich widzów zapewne o tym wie, ale proszę wytłumaczyć widzom z Rosji czy Ukrainy, dlaczego pan, były szef białoruskiego państwa, nie ma do dyspozycji własnego biura? Dlaczego przez wiele lat otrzymywał pan emeryturę o wartości poniżej jednego dolara?

Stanisłau Szuszkiewicz: Ludzie wykształceni są skazani na przestrzeganie pewnych zasad, pewnej poprawności politycznej. Mam na myśli nie tyle formalne wykształcenie i dyplomy, co kulturę osobistą. Często przytaczam słowa rosyjskiego inteligenta, akademika Lichaczowa, który na zjeździe deputowanych ludowych ZSRR powiedział: „Można udawać uczonego, można udawać inżyniera, można pozować na artystę, ale nie da się udawać inteligenta”. Ta maksyma dobrze pasuje do naszego obecnego prezydenta. On nigdy nie będzie inteligentem, taką już ma naturę. I dlatego zawsze będzie postępował w sposób podły i prostacki. Nie poniżę się do tego, by go o coś prosić. Dopóki jestem zdrowy, sam mogę sobie zarobić na życie. Otrzymuję liczne propozycje, na brak zajęć nie narzekam. Jedynie w Białorusi nikt nie oferuje mi pracy, w Białorusi pracować mi nie wolno. Na razie na zdrowie nie narzekam, ale zdarza się, że kiedy dopadnie mnie jakaś choroba, zaczynam się zastanawiać, czy nie warto by było mieć też jakieś zajęcie tu, na miejscu.  A póki co jeżdżę po świecie.

Hanna Sous: Wcześniej powiedział mi pan, że codziennie, przeglądając wiadomości, obowiązkowo zagląda pan na stronę Radia Swoboda.

Stanisłau Szuszkiewicz: Owszem. Podczas puczu w 1991 r. to właśnie z Radia Swoboda, którego słuchałem u siebie na daczy, dowiedziałem się, co się dzieje w kraju. Wsiadłem do swojego „żiguli” i pojechałem do Mińska. Radio Swoboda stało się dla mnie impulsem do działania. Po przyjeździe poszedłem do Diemientieja, przewodniczącego Rady Najwyższej, i powiedziałem mu, że trzeba zwołać posiedzenie. Diemientiej nie miał pojęcia, co należy w tej sytuacji robić. To był całkiem solidny, ale typowo komunistyczny działacz, zupełnie niezorientowany w niuansach międzynarodowej polityki. Powiedział mi, że dzwonił do Moskwy i usłyszał zapewnienia, że nie zaszło tam nic nadzwyczajnego… W tamtym okresie już zupełnie jawnie słuchaliśmy Swobody; we wcześniejszych latach do słuchania tego radia nikt się oczywiście głośno nie przyznawał. W czasach radzieckich słuchanie Swobody było w Mińsku praktycznie niemożliwe z przyczyn technicznych, natomiast za miastem znacznie łatwiej można było złapać wasz sygnał. Kiedyś słuchałem Radia Swoboda regularnie, teraz już prawie nie słucham audycji radiowych, za to codziennie przeglądam wiadomości na waszej stronie internetowej. Białoruska wersja strony bardzo mi się podoba. Dobrze, że jest takie radio ułatwiające dostęp do zróżnicowanej informacji. Szkoda jedynie, że nie można was słuchać na falach ultrakrótkich, na przykład podczas jazdy samochodem. No, ale mamy przecież Internet. Naprawdę się cieszę, że Radio Swoboda wciąż istnieje.

*Wywiad został przeprowadzony dla Radio Svaboda w ramach projektu „Rosja i ja. W cieniu Kremla” http://www.svaboda.org/fullinfographics/infographics/27557192.html

Tekst źródło: http://www.svaboda.org/content/article/27615357.html

Zdjęcie: Leonid Krawczuk, Stanisłau Szuszkiewicz i Borys Jelcyn po podpisaniu Porozumienia białowieskiego, 1991 r.